niedziela, 11 maja 2014

Porachunki

Pierwsze opowiadanie, a raczej jego część, składam w Wasze "ręce". Mam nadzieję, że ten fragmencik zachęci Was do odwiedzania tego bloga ^^.
 Życzę miłej lektury i pozdrawiam.

I

Pogoda była pod psem, kiedy pociąg zatrzymał się na stacji docelowej. Nieco korpulentny osiemnastolatek wyciągnął się na siedzeniu z zaciekawieniem przyglądając się peronowi widocznemu za oknem jego wagonu. Przydługa grzywka jego czekoladowych włosów wpadała mu do oczu, tym samym zmuszając go do ich przymrużenia. Dziś miał wprowadzić się do domu babci, która prowadziła małą kawiarnię na obrzeżach Gdańska. Jego podróż trwała dość długo, bo jak dotąd, mieszkał w Krakowie. Rodzice wyjechali na jakiś projekt badawczy do Kairu i postawili go przed faktem dokonanym, odstawiając na dworzec i pakując z walizką do pociągu. Chłopiec w ogóle nie był zadowolony z takiego obrotu spraw, ponieważ raptownie musiał porzucić swoje dotychczasowe życie i przyjaciół. Niestety jego stosunki z rodzicami od lat były na ostrzu noża i tym razem również przegrał zaczętą z nimi sprzeczkę, co w konsekwencji skończyło się na pozostaniu przy ich decyzji. Ciężko wzdychając wygramolił się z przedziału i ruszył do wyjścia z wagonu. Na peronie czekała na niego babcia, z uśmiechem machając na powitanie ręką.

- Wojtuś! – Zawołała wesoło przytulając do siebie wnuka. – Jak dobrze, że przyjechałeś tu cały i zdrowy.

- Spokojnie babciu – starał się oswobodzić z ramion sześćdziesięciolatki – Masz krzepę, jak na kogoś w swoim wieku.

- No pewnie, że mam – zaśmiała się, klepiąc go w plecy – Muszę mieć siły na prowadzenie kawiarni i zmagania z marudzącymi klientami. Od poniedziałku idziesz do szkoły i załatwiłam już wszelkie formalności z tym związane.

- Rozumiem – schylił się by złapać walizkę, gdy ktoś z impetem zderzył się z jego babcią, która zachwiała się i upadła na kolana.

- Z drogi starucho – usłyszał tylko zamiast „przepraszam” od jasnowłosego mężczyzny ubranego w drogi garnitur.

- Ty, kolo! – Chłopak nie wytrzymał, pomógł jej wstać i wściekły ruszył w stronę ludzkiego tarana. Złość go zaślepiła w tak dużym stopniu, że nawet nie przyjrzał się sprawcy wypadku.  – Trochę dobrego wychowania jeszcze nikomu nie zaszkodziło. – Złapał tył marynarki mężczyzny lekko ją rozrywając. – Ups. Mały wypadek.

Z premedytacją odszedł od jasnowłosego bez żadnych przeprosin. W tym momencie uznał, że jego hybryda prawa Hammurabiego będzie odpowiednią ripostą na zachowanie mężczyzny. Wrócił do babci, po czym z wolna ruszyli w stronę wyjścia z peronu, mieszając się z tłumem. Przez chwilę czuł na sobie wściekłe spojrzenie blondyna, jednak się tym nie przejął, przypuszczając, że już go nie spotka. Wyszli z budynku dworca, a następnie wpakowali się do zabytkowego samochodu.

- Wiesz, mogłabyś zainwestować w jakiś lepszy wóz – mruknął zmęczonym głosem, kiedy przy jakimś wyboju uderzył głową w dach auta – Rozumiem, że to ukochany samochód dziadka, ale to nie znaczy, że musisz nim wszędzie jeździć.

- Nie narzekaj – dała mu mięśniaka w ramię – Z tym wozem wiąże się tyle wspomnień z twoim dziadkiem, twoją matką i tobą. Nie mam serca go wyrzucić.

- Kumam – w zmęczeniu ciężko wypuścił powietrze z płuc – Mam tylko nadzieję, że nie rozklei się nam w czasie drogi.

- Nie bój żaby wnusiu – uspokajała go w śmiechu – Bert jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.

- Bert?! – Sapnął zdumiony. – Samochód nazywa się Bert?!

- Tak – wzruszyła ramionami – To imię do niego pasuje.

- Ok, nie wnikam – wolał nie wgłębiać się w jej myślenie – Daleko jeszcze, bo mam ochotę wziąć prysznic i się położyć spać.

- Rozumiem – posłała mu zatroskane spojrzenie – Miałeś długą podróż i z pewnością jesteś zmęczony. Już jesteśmy na miejscu.

Dom, w którym mieszkała znajdował się na obrzeżach miasta w odosobnieniu, co dla chłopca było na rękę. Nie lubił wścibskich oczu sąsiadów i miejskiego zgiełku. Odświeżył się lekkim prysznicem, a następnie położył spać w pokoju, który uprzednio przyszykowano na jego przyjęcie. Niestety nie miał spokojnego snu, bo znowu nawiedził go koszmar z dzieciństwa. Z krzykiem zerwał się rano z łóżka cały roztrzęsiony.

- Co się stało? – Do pokoju wparowała wystraszona babcia z miotłą w ręku. – Czemu krzyczałeś?

- Koszmar. – Wytarł z oczu lecące łzy – To koszmar, nic poza tym. Przepraszam, że cię obudziłem.

- Znowu ten zły sen? – Podeszła do wnuka i mocno go przytuliła. Pamiętała, jak w dzieciństwie często budził się z krzykiem i płakał w reakcji na zły sen. – O czym jest ten sen?

- Sam już nie wiem, czy to sen, czy wspomnienie – westchnął cicho, powoli się uspokajając – Mam siedem lat i wraz z kolegami weszliśmy do opuszczonego tartaku. Chyba świetnie się tam bawimy do czasu, kiedy zjawia się jakiś potwór i nas goni. Na moich oczach zabija jednego z nich, przebijając mu klatkę piersiową i wyrywając serce. Później je zjada i zabiera się za następną osobę. Udaje mi się uciec na zewnątrz, ale mnie łapie. W tym momencie zwykle się budzę.

- Straszne – Ponownie przytuliła wnuka. Syn opowiadał jej o tym zdarzeniu. Wojtek był świadkiem masowego mordu w wieku siedmiu lat, jednak podświadomie wymazał to wspomnienie z pamięci. Jedynym śladem po tym zdarzeniu był nawiedzający chłopca co jakiś czas koszmar. – Na szczęście, to tylko mara senna.

- Na szczęście – Posłał jej niemrawy uśmiech – Nie jest tak źle, jak by się wydawało. Wezmę letni prysznic i całkowicie się uspokoję.

- W takim razie, zrobię ci śniadanie – oświadczyła opuszczając pokój – Nie spiesz się.

- Nie zamierzam – ruszył do łazienki z szlafrokiem w ręku i czystym ręcznikiem. – Za kwadrans zejdę na dół.

- Będę czekać – usłyszał zza drzwi jej głos.

Zgodnie z umową, Wojtek stawił się w kuchni po piętnastu minutach. W domu roznosił się smakowity zapach smażonego jajka na bekonie. Dawno nie jadał domowych posiłków, dlatego z wdzięcznością spojrzał na krzątającą się przy kaflowej Westfalce babcię.

- Śniadanie gotowe – podstawiła mu pod nos talerz z jedzeniem i kubek z ciepłą herbatą – Co planujesz dziś robić?

- Chciałbym się trochę rozejrzeć po okolicy – oświadczył przełykając kęs chleba – Po niedzieli zaczynam szkołę i wolałbym się raczej nie zgubić w drodze do niej.

- Poproszę Erwina, syna sąsiada by cię oprowadził – zaproponowała w szerokim uśmiechu – Będziecie razem w jednej klasie i tym samym zyskasz kolegę.

- Nie chciałbym robić kłopotu – starał się wykręcić od pomocy – Przyzwyczaiłem się robić wszystko samodzielnie.

- Nie na mojej zmianie wnusiu – spojrzała groźnie na Wojtka, dając do zrozumienia, że nie ma z nią dyskusji – Erwin z pewnością pomoże ci zapoznać się z okolicą. W dzieciństwie ładnie się ze sobą bawiliście i myślę, że nadal będziecie.

- No dobrze – Uległ jej sile perswazji – Nie chciałem mu zabierać ostatnich dni wakacji.

- Nie zabierasz – zachichotała, wstając od stołu – Myślę, że Erwin z wdzięcznością tu przyjdzie. Przez wakacje ojciec zmusza go do pracy w ogrodzie. Wiesz, rodzinny interes warzywny.

- Rozumiem – westchnął podnosząc się z miejsca i odnosząc brudne naczynia do zlewu – Pozmywam. Chociaż tak odwdzięczę się za to pyszne śniadanie.

- Nie musisz – pociągnęła go do tyłu i pchnęła w stronę drzwi – Mam zmywarkę od tego, a twój uśmiech wszystko mi wynagrodził.

- Nie rozpieszczaj mnie zanadto, bo całkowicie się rozleniwię – zaśmiał się chłopiec wychodząc z kuchni – Kocham cię, wiesz?

- Wiem wnusiu – odprowadziła Wojtka czujnym wzrokiem. Dobrze wiedziała, że przez ostatnie lata był praktycznie sam. Rodzice non stop przesiadywali za granicą, a on pilnował domu. Postanowiła to zmienić i siłą wywalczyła u syna by chłopiec zamieszkał u niej. Razem zawsze raźniej.

¨¨¨
Dzwonek do drzwi zasygnalizował przybycie gościa. Wojtek je otworzył zapraszając do środka uśmiechniętego chłopaka z rozwianym miedzianym włosem i wysypem piegów na twarzy.

- Wow, Wojtek? – Rudzielec zaskoczony spojrzał na chłopaka. – Bardzo się zmieniłeś. Pamiętam cię jako skaczącą wszędzie kulkę.

- Trochę się zrzuciło – przywitał go z uśmiechem Wojtek – kopę lat.

- Nie trochę, a dużo – pochwalił go kolega – Masz minimalnie zaokrąglony brzuszek, którego prawie w ogóle nie widać.

- Trochę ci się urosło – zauważył Wojtek zdenerwowany mierzwiąc swoje brązowe włosy – Pamiętam cię jako takiego krasnala, a teraz to ja sięgam ci zaledwie do brody.

- Geny ojca wzięły górę i w gimnazjum zacząłem rosnąć – zaśmiał się speszony rudzielec – Kurczę, tyle lat cię nie widziałem. Fajnie, że zamieszkasz z babcią, bo teraz będę miał do kogo wpadać. Szczerze, w tej okolicy prawie nikt nie mieszka.

- Wiesz, cenię sobie prywatność i na rękę mi taka spokojna okolica – wzruszył ramionami Wojtek – Dotychczas mieszkałem w centrum miasta, gdzie non stop coś się dzieje. Dodaj do tego wścibskich sąsiadów i szpiegów rodziców, a wyjdzie ci zero spokoju.

- Kumam – Erwin posłał koledze zrozumiałe spojrzenie piwnych oczu – Ludzie są interesujący, ale tylko trzymani na dystans.

- Właśnie – zaśmiał się ciemnowłosy – Pokażesz mi drogę do szkoły? A, chciałbym też wiedzieć, jak dostać się do kawiarni babci.

- Wszystko ci pokażę – zapewnił go rudzielec – Wypuścimy się nawet do centrum, bo muszę coś załatwić dla ojca.

- Ok. – Wojtek zarzucił na siebie bluzę i złapał klucz do domu, który pokazała mu babcia. – Babcia pojechała do kawiarni i dom jest na mojej głowie do jej powrotu.

- Spoko – Erwin wyszedł z domu i poczekał na kolegę aż ten zamknie drzwi na klucz. Naprawdę cieszył się, że ponownie spotkał przyjaciela z dzieciństwa. Ostatnio widzieli się jedenaście lat temu i przez ten czas nie zdołał znaleźć tak oddanego druha zabaw, jak Wojtek. – W takim razie, ruszamy do szkoły, która jest najbliżej.

Erwin oprowadził Wojtka po okolicy, pokazując mu niemal każdy kąt. Teraz jechali do centrum miasta, załatwić sprawę dla jego ojca. Tramwaj był przepełniony i chłopcy dosłownie doświadczyli tak zwanego parcia na szkło wbici w szybę pojazdu.

- Nareszcie! – Wojtek z ulgą opuścił tramwaj. – Dopływ powietrza.

- Niemrawo wyglądasz, wiesz? – Zauważył Erwin zaniepokojony bladością kolegi. – Mam wrażenie, że zaraz mi gdzieś padniesz.

- Miałem kiepską noc, a ta podróż w duszności w ogóle mi nie pomogła – wyjaśnił Wojtek w słabym uśmiechu – Chodźmy lepiej załatwić tę sprawę dla twojego taty nim zamkną nam sklep.

- Nie bój żaby – rudzielec wyszczerzył się w szerokim uśmiechu – Ten sklep jest całodobowy.

- Aha – ciemnowłosy odwrócił się i niechcący potrącił stojącego za nim mężczyznę – Bardzo pana przepraszam, nie patrzyłem gdzie idę. Jeszcze raz przepraszam za swoje gapiostwo.

- Myślę, że ten pan zrozumiał – Erwin pociągnął kolegę w swoją stronę, widząc twarz mężczyzny – Wiejemy.

Ciągnął Wojtka tak kilka przecznic, aż w końcu zatrzymali się przed sklepem, do którego zmierzali od samego początku.

- Cholera, pogięło cię?! – Wojtek zdyszany patrzył na kolegę. – Czemu uciekliśmy?

- Nie zrozum mnie źle – Erwin nerwowo błądził wzrokiem po okolicy. – Ten facet, w którego uderzyłeś… on nie jest zwyczajnym człowiekiem.

- A co w nim takiego nadzwyczajnego? – Wojtek nie rozumiał przekazu rudzielca. Dla niego człowiek był zawsze człowiekiem. – Facet, jak każdy inny.

- To szef miejscowej mafii – oświadczył Erwin ściszonym głosem – Lepiej mu nie podpadać, bo inaczej skończysz jako pokarm dla rybek w betonowych butach na dnie Bałtyku.

- Aha – Wojtek chwilowo się zamyślił. Skądś kojarzył twarz tego mężczyzny. – Już mam!

- Co masz?! – Teraz to Erwin nie rozumiał jego zachowania. – No?

- Ten gość wydał mi się znajomy – zaczął wspominać zdarzenie na dworcu – Przewrócił babcię na peronie, to mu oddałem pięknym za nadobne.

- Co zrobiłeś? – Rudzielec pobladł.

- Kiedy chciałem go zatrzymać, to chwyciłem jego marynarkę i lekko ją naderwałem – wyjaśniał Wojtek – Później grzecznie odszedłem, bo byliśmy kwita.

- Czemu to zrobiłeś? – Erwin zaczął powoli panikować. – Mam nadzieję, że cię nie skojarzył.

- No co, nikt bezkarnie nie będzie mi babci przewracał – ciemnowłosy szedł w zaparte – Ten gość nawet jej nie przeprosił, a wymaga tego dobre wychowanie.

- To boss mafii – rudzielec z politowaniem spojrzał na kolegę – tacy ludzie nie przejmują się przewróconymi staruszkami.

- Ok, wszystko już jasne – Wojtka zmęczyła już ta rozmowa, tym bardziej, że zaczęło mu się kręcić w głowie. Usiadł na chodniku i schował twarz między kolanami. – Idź kupić tę część dla swojego taty, a ja tu poczekam. Coś kiepsko się czuję i lepiej żebym nie wchodził do tego sklepu.

- Kumam – Erwin czujnie zmierzył wzrokiem bladego kolegę – Postaram się załatwić tę sprawę jak najszybciej.

- Spoko – Wojtek posłał rudzielcowi mierny uśmiech – Spadaj i się streszczaj.

- Ok. – Erwin zniknął za drzwiami sklepu.

Wojtek oparł czoło o podwinięte pod pierś kolana i na chwilę przymknął oczy zbierając myśli. Lekki wietrzyk omiatający jego twarz nieco pomógł mu odzyskać stabilność.

- Eh, ledwie zdołałem tu przyjechać, a już z kimś zadarłem, nawet nie zdając sobie z tego sprawy – mruczał pod nosem ganiąc siebie w myślach – Dzięki Bogu nie zamierzam za często bywać w centrum, a na obrzeża raczej ten gościu się nie zapuszcza. Bynajmniej mam taką nadzieję. – Westchnął ciężko. – W sumie, to nic takiego mu nie zrobiłem. Może zapomni o tych dwóch epizodach ze mną w roli głównej?

Z monologu do kolan wyrwał go dzwonek jego komórki. Spojrzał na wyświetlacz i z westchnięciem odebrał połączenie.

- Hej, tato – udawał normalny ton głosu, chcąc ukryć osłabienie. Wiedział, że to był telefon kontrolny. – Już w Kairze?

- Właśnie dotarliśmy do obozu – oświadczył męski głos – Co u ciebie? Dogadujesz się z babcią?

- Tak, nawiązaliśmy wspólny język – odparł chłopiec przymykając oczy – Tato, mam pytanie.

- O co chodzi? – Mężczyzna był lekko zaniepokojony. Jego syn rzadko zadawał jakiekolwiek pytania.

- Wiesz, znowu nawiedza mnie ten koszmar z dzieciństwa. – Wojtek lekko ściszył głos. – Mam takie wrażenie, że się zrobił bardziej intensywny. Przez to nie mogę normalnie spać. Budzę się rano strasznie zmęczony.

- Rozumiem – ojciec chwilę się zastanawiał, powodując głuchą ciszę w komórce – Najlepiej będzie, jeśli pójdziesz do apteki i kupisz coś na sen. Proszki pomogą ci odpocząć od tego koszmaru.

- Jesteś pewny? – Wojtek był w szoku. – Mam się naćpać przed snem?

- Środek nasenny sprawi, że nie będziesz miał żadnych snów – oświadczył spokojnie ojciec – Muszę już kończyć, bo wołają mnie z punktu wykopalisk. Nie sprawiaj problemów i słuchaj się babci.

- Ta – chłopiec markotniejąc spojrzał na telefon – Pa tato.

Rozłączył się i schował telefon do kieszeni. Po chwili ze sklepu wyszedł Erwin z pudełkiem pod pachą i sporawym szpadlem w ręku.

- Wiesz, wyglądasz jakbyś szedł na pogrzeb jakiegoś zwierzaka w roli grabarza – zaśmiał się Wojtek chcąc odreagować rozmowę z ojcem – Musimy jeszcze zahaczyć o jakąś aptekę.

- Po co? – Zdziwił się rudzielec podając koledze łopatę. – Trzymaj, w razie co, będziesz mógł się podeprzeć.

- Dzięki – Wojtek wziął szpadel w ręce – Muszę kupić sobie coś na sen. Coś, po czym nie będę miał żadnych snów.

- Aha – Erwin nie wnikał. Ciemnowłosy mówił wcześniej, że ostatnio kiepsko sypia, dlatego rozumiał jego decyzję. – Przy przystanku tramwajowym była jedna. Możemy tam zajść, jeśli chcesz.

Powoli ruszyli w stronę przystanku. Wojtek zaszedł do apteki, która znajdowała się dosłownie naprzeciwko tramwajów.

- W czym mogę ci pomóc chłopcze? – Usłyszał ciepły głos starszego mężczyzny zza szyby.

- Ja potrzebuję czegoś na sen – poprosił nieśmiało chłopiec, błądząc wzrokiem po półkach z lekami – Ostatnio nawiedzają mnie koszmary, przez co nie mogę spać. Czy ma pan coś, po czym nie będę miał żadnych snów?

- Nie bez recepty – zaznaczył starzec – Jednak spróbuj na razie czegoś ziołowego. Jeśli to ci nie pomoże, to wówczas wybierz się do lekarza rodzinnego i poproś o wypisanie recepty.

- Rozumiem – Wojtek wziął wskazane tabletki – Muszę się zapisać do jakiejś przychodni. Mieszkam w Gdańsku dopiero od wczoraj i jeszcze w pełni się nie zadomowiłem.

- W takim razie witaj w Trójmieście – przywitał go starzec – Mam nadzieję, że ci się tu spodoba.

- Też mam taką nadzieję – rzucił chłopiec raptownie się odwracając i ku swojemu zdziwieniu w coś uderzając – No nie, znowu? Przepraszam za to. Myślałem, że nikt nie stoi za mną w kolejce. Przepraszam.

- Lubisz na mnie wpadać, co? – Usłyszał męski głos. – To już drugi raz jednego dnia.

- No, sam właściwie nie wiem dlaczego – westchnął Wojtek z rezygnacją – Jeszcze raz przepraszam. Będę starał się jakoś pana omijać. Do widzenia.

Chłopiec skłonił się grzecznie na pożegnanie, po czym wyminął mężczyznę i szybkim krokiem ruszył w stronę drzwi. Kiedy wyszedł na ulicę, ku swojemu zaskoczeniu zobaczył skulonego Erwina w obstawie trzech rosłych mężczyzn w garniturach.

- Wojtek – pisnął rudzielec z przerażeniem w oczach. Niestety w tym momencie ponownie zadzwonił telefon ciemnowłosego.

- Tak? – Wojtek szybko odebrał. – Mamo, dopiero co gadałem z tatą.

- Ojciec powiedział mi, że znowu masz te koszmary – matka z niepokojem w głosie podała powód kontaktu z synem – Jak się czujesz? Nie sprawiasz problemów babci?

- Kiepsko – odwrócił się tyłem do Erwina i mężczyzn – Ten sen stał się intensywny. Czy to na pewno tylko koszmar?

- Czemu o to pytasz? – Głos matki stał się ostrożniejszy.

- Za każdym razem czuję jakbym tam naprawdę był. – Przezornie ściszył głos. – Słyszę ich krzyki, czuję krew, a śmiech tego potwora przyprawia mnie o dreszcze.

- Uspokój się – kobieta siliła się na łagodny ton, jednak nerwy robiły swoje – Kup w aptece coś na sen i uspokojenie. Zrób tak, jak radził ojciec.

- No świetnie – irytacja wzięła górę nad chłopcem – Wy siedzicie sobie w Egipcie i grzebiecie w ziemi, a ja sam mam sobie ze wszystkim radzić. W sumie, to nie nowość. Odkąd skończyłem dwanaście lat, zostawialiście mnie samego wyjeżdżając. – Przymknął oczy biorąc głęboki oddech. – Sorry, poniosło mnie. Po prostu już drugą noc nie śpię, a wy radzicie bym się naćpał i tyle. Chyba każdemu puściłyby nerwy, co nie? Będę grzecznym synem i zrobię co każecie. Nie chcę też sprawiać problemów babci. Kopcie sobie w tym Kairze, bo nic poza tym was nie obchodzi.

Wzdychając rozłączył telefon w zamyśleniu. Non stop kłócił się z rodzicami, a ta sprzeczka była nawet łagodną wersją. Odwrócił się ponownie w stronę kolegi jednocześnie wycierając z oczu łzy. Nie zauważył przez to, że jest obserwowany przez jasnowłosego mężczyznę stojącego kilka kroków obok.

- Prawie zapomniałem – mruknął widząc trzech goryli przy Erwinie – W czym rzecz?

- Rzecz w tym, że mamy do pomówienia – usłyszał za sobą męski głos, który kojarzył z apteki. Mimowolnie spojrzał za siebie napotykając zimne spojrzenie blondyna.

- Niby o czym miałbym z panem rozmawiać?! – Zdziwił się chłopiec. – Przecież już pana przeprosiłem.

- No tak – sapnął mężczyzna zbliżając się do ciemnowłosego – Przeprosiłeś mnie za dzisiaj, a co z dniem wczorajszym?

- Ach wczoraj – Wojtek przypomniał sobie zdarzenie z dworca – Za to przepraszać nie będę i nawet nie zamierzam.

- A to niby dlaczego? – Jasnowłosy złapał ramię chłopca i świdrował go gniewnym spojrzeniem piwnych oczu. – Odpowiedz.

- To kara za przewrócenie mojej babci i nazwanie jej staruchą – oświadczył spokojnie Wojtek delikatnie strącając dłoń mężczyzny z ramienia – To tyle gwoli wyjaśnień.

Ciemnowłosy odwrócił się tyłem do mężczyzny i ruszył do miejsca, gdzie zostawił szpadel dla taty Erwina. Kiedy wziął go do ręki, skierował się do kolegi, który nadal skulony sterczał pilnowany przez goryli blondyna. Złapał rudzielca za przedramię i pociągnął w swoją stronę.

- Wracamy do domu – oznajmił idąc na przystanek – Drogę jednak zastąpił mu blondyn z groźną miną.

- Gdzie się wybierasz? – Zapytał chłodno mężczyzna, chcąc ich zatrzymać. Po chwili zostali niemal całkowicie otoczeni. – Ja jeszcze z tobą nie skończyłem.

- Wiem, że tego pożałuję – jęknął lekko zdesperowany ciemnowłosy widząc, że nadjeżdża ich tramwaj. Wypchnął z kręgu rudzielca, po czym trzymanym w ręku szpadlem, podciął nogi napastnikom. Czterej mężczyźni z łoskotem upadli na chodnik. – Ja skończyłem. Mam nadzieję, że już pana nie spotkam. Żegnam.

Skorzystał z oszołomienia upadkiem mężczyzny i szybko łapiąc rękę kolegi pociągnął go za sobą do tramwaju. Wskoczyli do niego w ostatniej chwili. Odjeżdżając, zobaczył tylko wściekłe spojrzenie blondyna dźwigającego się z ziemi. Niewiele myśląc pomachał mu na pożegnanie.

- Oszalałeś?! – Pisnął Erwin w szoku. – Ten gościu tak łatwo nie odpuści. Prędzej czy później cię złapie i ukarze.

- Nie zamierzam w najbliższym czasie zapuszczać się do centrum – westchnął zmęczonym głosem Wojtek – Raczej wątpię, by ten facet wypuszczał się na obrzeża.

- Upokorzyłeś go – jęknął wystraszony Erwin, siadając na wolnym miejscu – Z tego powodu będzie cię ścigać, nawet gdyby miał zejść do czeluści piekielnych. Krążą plotki, że jest demonem.

- Uderzyłeś się w głowę? – Wojtek zmierzył kolegę czujnym wzrokiem. – Zaczynasz już bredzić. Demony nie istnieją, a ten gość ma lepsze rzeczy do roboty, niż uganianie się za kimś takim, jak ja.

- Tylko później nie przychodź z płaczem, jak cię złapie – obruszył się rudzielec – Wtedy i babcia ci nie pomoże.

- Nie liczę na niczyją pomoc – mruknął Wojtek pochmurniejąc – Rodzice mają mnie gdzieś, a babci nie będę sobą kłopotać. Nawet nie wspominaj przy niej o tym facecie, jasne?

- Spoko – zgodził się Erwin, widząc przygnębienie na twarzy kolegi – sam nawet nie pisnę słowem własnej rodzinie. Ojciec pewnie złoiłby mi skórę za zadarcie z mafią.

Resztę drogi pokonali w milczeniu. Zawieźli kupione rzeczy do domu rudzielca, po czym Wojtek udał się do kawiarni babci pomóc jej w pracy. Kiedy wrócił do domu, zażył nabyty środek nasenny, a następnie położył się spać.

¨¨¨
Jasnowłosy mężczyzna dźwigając się z chodnika wściekle łypał na wszystkie strony. Jeszcze nikt tak go nie potraktował, jak ten dzieciak. Zaczął szukać delikwenta groźnym wzrokiem aż natrafił na swój cel, który z niewinną miną machał mu na pożegnanie z odjeżdżającego tramwaju. W ostatniej chwili dostrzegł numer pojazdu.

- Macie sprawdzić dokąd jeździ ten tramwaj – wskazał na oddalający się pojazd, pokazując go swoim ochroniarzom, którzy masowali zbite podczas upadku miejsca – Później dacie mi jego trasę.

- Dobrze szefie – odpowiedział jeden z dryblasów w garniturze – Mamy go dla szefa złapać?

- Nie – blondyn posłał osiłkowi zimne spojrzenie – Osobiście odnajdę tego pączka i zetrę z jego twarzy ten uśmieszek. Niech nie myśli, że ujdzie mu wszystko płazem.